https://www.youtube.com/watch?v=nKvZXHC-EOs&autoplej=1&kolorek=1b87f3&typek=2
https://www.youtube.com/watch?v=oYtGdgDHbPI!https://www.youtube.com/watch?v=aLXO88Sl12Y!https://www.youtube.com/watch?v=nKvZXHC-EOs!https://www.youtube.com/watch?v=LiqQDDZB9pg!!!2!!!0

sobota, 1 listopada 2014

#30

*Oczami Jess*

Rano obudziłam się sama. Wyjrzałam z namiotu i zobaczyłam, jak Ross pakuje wszystkie rzeczy do samochodu. Szybko ubrałam się w rzeczy z wczoraj, żeby Ross mógł zapakować resztę. 
-O, wstałaś już...-zaśmiał się i zabrał koc z namiotu.
-Tak. Za ile jedziemy?
-No już.-złożył namiot i wrzucił go w krzaki. 
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Jechaliśmy w ciszy, kiedy w radiu puścili piosenkę ,,Loud". Spojrzałam na Ross'a, który uśmiechnął się pod nosem i pogłośnił piosenkę. Zaczął nucić ją pod nosem, a ja zaczęłam się śmiać. Po chwili dołączyłam do niego i razem śpiewaliśmy.
-Znasz jej słowa?-zapytał w końcu.
-Jak mogę nie znać słów do piosenki zespołu mojego chłopaka?-zaśmiałam się i znów zaczęłam nucić. Jechaliśmy i się wygłupialiśmy. Było naprawdę zabawnie! Kiedy piosenka się skończyła spojrzałam na Ross'a i pocałowałam Go. 
-Ross uważaj!-krzyknęłam kiedy się od siebie odkleiliśmy, ale było już za późno. 



Poczułam, jak po mojej twarzy spływa jakaś ciecz. Z wielkim bólem karku spojrzałam na miejsce Ross'a, ale Go tam nie było. Poczułam, jak ktoś powoli wyciąga mnie z samochodu. Położono mnie na nosze. 
-Gdzie Ross?-wyszeptałam, a łza spłynęła mi po policzku. Każda czynność sprawiała mi teraz ból, a po za tym w sprawie Ross'a układały się w mojej głowie najczarniejsze scenariusze.
-Chłopak jest w złym stanie. Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Jest już w drodze do szpitala. A Ty nie możesz się denerwować.-odpowiedział któryś z ratowników. Kolejne łzy spływały mi po policzku. Bałam się o Ross'a! W szpitalu od razu zabrali mnie na szycie. Zszyli mi prawą skroń i porobili jeszcze kilka badań. Potem wróciłam do sali Ross'a i siedziałam przy nim. Już się wybudził, ale nadal był w złym stanie.
-Wszystko będzie dobrze, Ross...-szeptałam mu do ucha i całowałam w policzek trzymając go za rękę.
-Mogę Panią na chwilę prosić?-do sali wszedł lekarz.
-Tak, oczywiście.-odpowiedziałam i ruszyliśmy do jego gabinetu. 
-O co chodzi? Coś nie tak z Ross'em?-wypytywałam nerwowo mężczyzny. 
-Nie, z chłopakiem wszystko w porządku...-przerwał na chwilę i wziął głęboki oddech. Wyglądał na przejętego. 
-Więc o co chodzi?-spytałam po raz kolejny.
-Ma pani białaczkę...-odparł i spojrzał mi w oczy, z których teraz kapały łzy. 
-Co? Jak to?! Nie to niemożliwe....musiał pan pomylić wyniki, nie chodzi o mnie!-płakałam coraz bardziej.
-Przykro mi...
-Ile mam zostało mi czasu?
-Nie wiem...nie dużo...-nie dokończył. Wyszłam z gabinetu trzaskając drzwiami. Wyszłam na zewnątrz nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Mama szybko pojawiła się przy mnie. Minęła chwila, a już byłam w jej ramionach. 
-Co się stało? Coś z Ross'em?-zapytała i pocałowała mnie w czoło.
-Mam raka...-odpowiedziałam i spojrzałam na nią. Była zdziwiona. Zaczęła płakać, a  ja nie mogłam na to patrzeć. 
-Mamo, proszę! Nie płacz, błagam...mamo...-ona przytuliła mnie po raz kolejny.
-Muszę iść do lekarza...może się pomylił...-zaczęła nerwowo.
-Nie mama, nie pomylił się...chcę jechać do domu...zawieziesz mnie?-zmieniłam temat, pokiwała tylko głową. Poszłam pożegnać się z Ross'em, ale nadal spał. Pocałowałam Go tylko w czoło i wyszłam.


W domu od razu poszłam do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i spoglądałam przed siebie. Za chwile gorące łzy płynęły powoli  po moich policzkach, a ja nie mogłam ich opanować. Wszystkie moje plany, moje marzenia, moja PRZYSZŁOŚĆ, wszystko...wszystko runęło z dwoma słowami wypowiedzianymi przez lekarza. Zebrałam się w sobie, otarłam łzy i usiadłam do biurka. Wyjęłam dwie kartki papieru. Trzęsącą ręką chwyciłam z długopis. Na samej górze, po środku kartki napisałam:
,,Marzenia".

Za chwile na kartce pojawiały się  marzenia, jakie chcę spełnić przed śmiercią. I tak doszłam do połowy kartki. Przeczytałam wszystko.

,,1.Zrobić sobie tatuaż.
2. Spotkać Taylor'a Lautner'a.
3.Zostać żoną Ross'a.
4.Skoczyć ze spadochronem.
5.Nauczyć się grać na gitarze."

-Myślałam, że mam bardziej kreatywne marzenia przed śmiercią...-szepnęłam do siebie. Na drugiej kartce napisałam list do Ross'a i zapakowałam go w kopertę, następnie schowałam do szuflady, a listę do tylnej kieszeni spodni.


*dwa tygodnie później*
Ross wychodzi dziś ze szpitala. Razem z rodzicami pojechaliśmy po niego.  Wychodząc ze szpitala rodzice poszli jeszcze do lekarza po wypis, a ja i Ross usiedliśmy na ławce przed szpitalem. Oparłam głowę o jego ramię, a ten syknął. Zabrałam głowę.
-Przepraszam, zapomniałam, że Cię to boli.
-Nic się nie stało. Idziemy już?
-Tak, jasne.-wstałam z ławki i pomogłam wstać jemu.
-Coś Ci wypadło.-sięgnął po kawałek papieru i rozwinął go.-czemu spisałaś swoje marzenia?
-Ja..ja...-nie wiedziałam co powiedzieć. -Ross...
-No mów. Co się stało?!
-Ross, ja mam białaczkę...-i po raz kolejny łzy spłynęły mi po policzkach.
-Co?! Jak długo zamierzałaś to przede mną ukrywać?!
-Ross przepraszam! Sama dowiedziałam się niedawno!
-Tak? Kiedy?!
-Dwa tygodnie temu.
-I ukrywasz przede mną dwa tygodnie, że umrzesz?! Chcesz mnie tu zostawić?!
-Ross...-płakałam jeszcze bardziej. Uspokoił się.
-Przepraszam.-przytulił mnie.- przepraszam. Po prostu nie potrafię w to uwierzyć!-i jemu łzy powoli spływały po policzkach,
-Ja też nie...nie potrafię Cię tu zostawić...




Dodałam rozdział po jakiś dwóch miesiącach, albo dłużej. Wiem, że nie jest najlepszy i w ogóle, ale wiecie. To taki powrót xD Możliwe, że jeszcze dziś napiszę kolejny...