https://www.youtube.com/watch?v=nKvZXHC-EOs&autoplej=1&kolorek=1b87f3&typek=2
https://www.youtube.com/watch?v=oYtGdgDHbPI!https://www.youtube.com/watch?v=aLXO88Sl12Y!https://www.youtube.com/watch?v=nKvZXHC-EOs!https://www.youtube.com/watch?v=LiqQDDZB9pg!!!2!!!0

poniedziałek, 27 lipca 2015

Epilog

Ubrałem się w garnitur i spojrzałem w lustro. Przeczesałem ręką włosy i spojrzałem na kanapę, na której zawsze siedziała. Miałem nadzieję, że i tym razem tam będzie. Ale nie było jej. Łzy stanęły mi w oczach na przywołanie wszystkich wspomnień:
pocałunek w jej pokoju, to jak wstydziłem się zagadać, koncert na którym poznaliśmy się bardziej, spacer po plaży, to jak pobiłem Edwarda i jakiś dwóch kolesi, wszystkie pocałunki. Noc pod namiotem, wypadek. Nasza pierwsza wspólna noc.
Jedna łza powoli spłynęła po policzku, ale szybko ją otarłem. Wyszedłem z domu i wsiadłem do samochodu. Czekałem chwilę, na resztę rodziny, a kiedy wszyscy przyszli pojechaliśmy. Weszliśmy do kościoła. Usiadłem w pierwszej ławce. Na samym środku leżała biała trumna. Była otwarta, więc mogłem jeszcze widzieć Jess. Ale jej widok mnie bolał. Była ubrana w białą, koronkową sukienkę. Włosy miała rozpuszczone, a usta czerwone. Ona nigdy nie malowała ust! W rękach trzymała bukiet czerwonych róż. Na nogach miała białe szpilki. Nie mogłem. Odwróciłem wzrok.
- Ej, spokojnie. - Rydel podała mi chusteczkę.-Będzie dobrze...-spojrzała na Jessicę i tym razem jej także łzy zaczęły spływać po policzku. Przytuliłem ją. Ona i Jess były bardzo związane. Ksiądz opowiadał coś ciągle. Ale Go nie słuchałem. Po prostu nie potrafiłem. Wywołano mnie do przemowy. Wszedłem na stopień, nastawiłem mikrofon.
- Co mam powiedzieć? Nie znam słów, które będą mogły opisać mój ból. Była sensem mojego życia. Nie wyobrażam sobie nic bez niej. Kiedyś zamykałem oczy i wyobrażałem sobie szczęście. Widziałem ją. Dzisiaj? Dzisiaj widzę tylko pustkę. Nie umiem...nie umiem nic zrobić bez niej. Teraz nie wiem czy cokolwiek ma sens. - powoli zszedłem. Podszedłem do trumny i spojrzałem na nią. Na moją narzeczoną, której nie zdążyłem poślubić. Zbliżyłem się do niej i pocałowałem jej martwe, zimne wargi. Usiadłem na ławkę, obok Rydel. Obejrzałem się. Za mną siedziała zapłakana Maddie wtulona w Rikera, a obok nich rodzice Jess.

Po kolejnej gadaninie księdza i przemowie Maddie, Rydel i rodziców Jess zamknęli trumnę, a czwórka mężczyzn zabrała ją. My ruszyliśmy za nimi. Na całym cmentarzu roznosił się dźwięk skrzypiec. Tej smutnej melodii, którą zapamiętam na zawsze. Lekko zagłuszał ją ksiądz swoimi wypowiedziami. Ale i tak wyraźnie było słychać melodię. Doszliśmy na miejsce. Przejąłem od mamy wiązankę, z napisem ,,ostatnie pożegnanie". No właśnie Jess...ostatnie. Na sznurach powoli  opuścili trumnę w dół, a ja ciągle zjeżdżałem wzrokiem razem z nią...


Czekałem chwilę. Rodzice Jess położyli swoje kwiaty. Jej mama zapłakana i wtulona w zrozpaczonego męża. Ten widok także mnie bolał. Podszedłem i położyłem moją wiązankę. Nawet nie czułem już, kiedy po raz kolejny łzy spływały mi po policzku.

Ok. godziny 20.00 wróciłem do domu. Wszedłem do pokoju i opadłem bezradnie na łóżko. Poczułem coś pod plecami i wsadziłem pod nie rękę. Wyjąłem koszulkę. Koszulkę Jess, w której spała zawsze, jak nocowała u mnie. Jeszcze nawet było na niej czuć zapach Jessicy. Przypomniałem sobie o liście, który mi dała. Wstałem z łóżka i wyjąłem list z szuflady. Otworzyłem kopertę i zacząłem czytać.

,,Ross...jeśli to czytasz, to teraz pewnie mnie nie ma. Nie załamuj się, proszę. Będę zawsze koło Ciebie. Kocham Cię i zawsze będę. Uwierz, że dla mnie też to nie było łatwe. Pamiętasz, jak mój tata powiedział, że jesteś sensem mojego życia? Tak było. I jest. I w sumie jesteś też sensem mojego nie-życia. Próbowałam Cię rozśmieszyć. Znajdziesz dziewczynę, którą bardzo pokochasz. To nie będę ja, ale ją pokochasz jeszcze bardziej. Będziesz miał z nią dziecko. Będziecie bardzo szczęśliwi. I to ona będzie sensem Twojego życia. Ona i Twoje dziecko, rzecz jasna. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnisz, chociaż może tak byłoby Ci łatwiej. Mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę: jeśli kiedyś spojrzysz na gwiazdy, to proszę, pamiętaj, że bardzo Cię kocham.
-Jess."

Uśmiechnąłem się delikatnie. Łzy nadal spływały po moich policzkach, a na dodatek wszystko na co spojrzałem kojarzyło mi się z nią. Łóżko, na którym razem spaliśmy, biurko, na którym odrabiała za mnie pracę domową, szafa, w której szukała dla siebie koszulki do spania, poduszka, którą we mnie rzucała. Przebrałem się w jakąś koszulkę i położyłem się do łóżka. Ręką pogładziłem jeszcze miejsce, na którym zawsze leżała. Przykryłem się kołdrą i spojrzałem jeszcze za okno. Zwróciłem wzrok w stronę nieba, na księżyc, który tej nocy świecił wyjątkowo mocno i na gwiazdy.
- Też Cię kocham, Jess. - szepnąłem i zamknąłem oczy.



To był mój pierwszy blog i szczerze mówiąc trochę mi przykro, że się kończy. Ale prawda jest taka, że nikt go nie czyta, no i ja sama nie mam już weny na dalsze pisanie. Także...to koniec, ale to jest mój najważniejszy blog, bo od niego wszystko się zaczęło.

#33 ,, pustka"

Była odwrócona do mnie tyłem i zapisywała coś jeszcze kalendarzu. Spoglądałem na jej zgrabne ruchy. Obróciła się w moją stronę i delikatnie uśmiechnęła. Odwzajemniłem uśmiech. Nagle upadła. Podłożyłem ręce, tak, aby na nie upadła i delikatnie ułożyłem ją na podłogę. Była nieprzytomna.
- Jess! - delikatnie trącałem jej ramię. - Jessica! - krzyczałem wybierając w komórce numer na pogotowie. Ręce mi się trzęsły i nie wiedziałem o co chodzi. To tylko zwykłe zasłabnięcie, ostatnio dużo pracuje, powtarzałem w myślach. Karetka szybko pojawiła się pod blokiem. Ratownicy weszli do mieszkania i ułożyli ją na nosze. Szybko pobiegłem za nimi.
- Ona ma raka. - wydukałem próbując ich dogonić. Powiedziałem to, bo to mogło w czymś pomóc, ale ona tylko zasłabła. Wpakowali Jessicę na noszach do karetki. Za chwilę wpakowałem się ja i usiadłem obok niej. Chwyciłem ją za rękę.
- Wszystko będzie dobrze. - szeptałem muskając jej dłoń ustami. - Wszystko będzie dobrze.... - powtórzyłem już jakby do siebie.
Pod szpitalem od razu ją zabrali na jakąś salę. Usiadłem w poczekalni i zadzwoniłem do Rydel, aby przyjechała ze wszystkimi. Bałem się. Tak cholernie się teraz bałem. Ciągle miałem łzy w oczach. Rydel mogła przyjechać dopiero za godzinę, bo była po za miastem i nie wyrobiłaby się wcześniej. Siedziałem w poczekalni, czekając aż skończą ją operować, czy robić to, co robili. Wtedy pewnym krokiem wyszedł lekarz.
- Doktorze co z nią? - wydukałem.
- A Pan to...?
- Jej narzeczony. Błagam, proszę mi powiedzieć.
- Nie jest z nią  najlepiej. Zostanie przewieziona na oddział intensywnej terapii. Nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć na obecną chwilę. - powiedział i spojrzał na mnie ze współczuciem w oczach.
- Będę mógł ją odwiedzić? - zapytałem patrząc w podłogę załzawionymi oczami.
- Tak, może pan ją odwiedzić za jakieś 20 minut. - odszedł.  Oparłem się o ścianę rękoma, jedną wciąż o nią uderzając.  - Cholera. - szepnąłem. - złapałem się za bolącą rękę i obróciłem tak, że teraz byłem oparty o ścianę plecami.  Za chwilę osunąłem się po niej na podłogę. Ukryłem twarz w dłoniach. Nie płakałem. Nic nie czułem w tamtej chwili. Tylko pustkę. Pustkę, która wypełniała mnie na samą myśl o tym, że mógłbym ją stracić.
- Może Pan już do niej iść. - usłyszałem. Wstałem powoli, a lekarz zaprowadził mnie bez słowa do Jessicy.
Wszedłem do sali, w której było słychać regularne pikanie. Usiadłem na krześle obok łóżka szpitalnego i znów, tak jak w karetce, złapałem Jess za rękę. Siedziałem w ciszy, obserwując jak śpi. Oddychała tak spokojnie. Była ubrana w szpitalne ciuchy. Włosy, które miała idealnie ułożone, teraz opadały jej na twarz. Założyłem kilka kosmyków za jej ucho. Wtedy uścisnęła moją dłoń mocniej, spoglądając na mnie spod ciężkich powiek. Nie odzywała się. Tylko na mnie patrzyła.
- Jak się czujesz? - wyszeptałem.
- Jak ktoś, kto przed chwilą stracił przytomność. - stwierdziła, lekko unosząc kąciki ust w górę. - Powiedzieli, że zostawią mnie tu na dwa tygodnie. - wymamrotała. Nie odzywałem się. Kiwałem tylko potwierdzająco głową.
- Jak tylko Cię stąd wypuszczą, obiecuję, że pójdziemy do kina, na ten film, który tak bardzo chciałaś obejrzeć. - zmieniłem temat. Kiwnęła głową. Potem przyszli Delly, Ell, Rocky i Riker. Wyszedłem z sali ja, Ellington, Riker i Rocky pozostawiając Rydel samą z Jess.

- Będzie dobrze, bro. - uściskał mnie Riker, poklepując po plecach.
- Dzięki. - szepnąłem.
- Zobaczysz stary, że zanim się obejrzysz znów będziecie leżeć u niej na kanapie oglądając nudne filmy czy coś. - wtrącił Rocky. - pokiwałem głową. Ratliff milczał wpatrując się we mnie ze współczuciem i klepiąc moje plecy. Kiedy Rydel wyszła, wszyscy weszli po kolei, ale kiedy znów ja chciałem wejść, lekarz mi zabronił i kazał przyjechać jutro.  Pojechałem więc razem ze wszystkimi do mojego domu.
- Ross, jutro w szpitalu ja będę mogła być dopiero około 13:00, przepraszam. Chłopaki zabierają się ze mną, więc też będą jakoś tak.
- Okej. - odparłem i włożyłem do uszu słuchawki i  słuchając ulubionej piosenki Jess, zasnąłem.



Rano obudziłem się o 8:46. Szybko wziąłem prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie. Potem pojechałem do mieszkania Jessicy i zabrałem rzeczy, które mogą być jej potrzebne, a stamtąd do piekarni, po jej ulubioną słodką bułkę.
W szpitalu od razu poszedłem do jej sali. Wszedłem do środka, a pielęgniarka poprawiała  jej poduszkę.
- Hej. - uśmiechnęła się.
- Hej. - rzuciłem. - Przywiozłem Ci rzeczy, które mogą być Ci  potrzebne i kupiłem Twoją ulubioną bułkę, może zjesz jak będziesz głodna. - położyłem wszystko na szafce obok jej łóżka.
- Dziękuję!


I tak mijały kolejne dni. Jeździłem do Jess o 10:00, a o 13 przyjeżdżała reszta. Wchodzili oni, gadali z nią, a potem jechaliśmy do domu, bo lekarz kazał jej odpoczywać. Kiedy byłem z nią sam rozmawialiśmy, graliśmy na tablecie, żartowaliśmy, a czasami, gdy była zmęczona, czytałem jej książkę. Wydawało się, że jej stan się polepszał. Ze szpitala miała wyjść już za trzy dni.
Tak samo było tego dnia. Wszedłem do sali chwilę po 10.
- Hej skarbie. - cmoknąłem ją w czoło. - Wziąłem laptopa i zgrałem na niego różne filmy, więc możemy je pooglądać. - uśmiechnąłem się.
- No jasne! Ale pamiętasz co mi obiecałeś?
- Nie... - podrapałem się po głowie.
- Masz mnie zabrać do kina, jak stąd wyjdę! - krzyknęła śmiejąc się.
- A tak, pamiętam. Jasne, że Cię zabiorę. Jess, dzwonili Twoi rodzice i to dość często. Chcieli przyjechać, ale mówiłem im, że w Twoim obecnym stanie to nienajlepszy pomysł, ale jak zadzwonili wczoraj, powiedziałem, że mogą przyjechać i już są w drodze. Właściwie to powinni być dzisiaj mniej więcej wtedy, kiedy Rydel, Ellington, Riker i Rocky. - rzuciłem. Uśmiechnęła się.
- Naprawdę? To super! Więc oglądajmy film. - rozkazała uśmiechnięta. Położyłem się koło niej na łóżku i położyłem laptopa na kolanach.
Film skończył się nieco po 12:00.
- To co? Oglądamy drugi? - zapytałem.
- Właściwie, to jestem zmęczona. Najchętniej położyłabym się spać. Nie pogniewasz się? - patrzyła na mnie, spod ciężkich powiek
- Oczywiście, że nie. - pocałowałem ją w usta i zszedłem z łóżka. Usiadłem na krześle i ująłem jej dłoń w moje ręce.
- Aha, Ross... - sięgnęła do szuflady szafki nocnej - ten list masz przeczytać dopiero po moim pogrzebie. - podała mi kopertę.
- Jessica...
- Nie, Ross. W końcu umrę. Nie wiem kiedy, ale kiedyś na pewno i chcę, żebyś to przeczytał dopiero jak mnie zakopią. Jasne? - pokiwałem głową. Schowałem kopertę do wewnętrznej kieszeni kurtki. Ucałowałem jej usta jeszcze raz.
- Kocham Cię. - wyszeptałem łamiącym się głosem.
- Wiem. - szepnęła. - Ja Ciebie też. - i zamknęła oczy. Była tak zmęczona, że usnęła od razu. Wciąż gładziłem palcem jej dłoń. W sali panowała taka cisza, że słychać było tylko jej ciężki oddech i regularne pikanie. Wpatrywałem się w nią analizując każdy szczegół na jej twarzy. Małą bliznę na czole, którą zawsze starannie zakrywała włosami. Jej delikatne powieki i długie, czarne, gęste rzęsy. Jej mały nosek, który zawsze zabawnie marszczyła, kiedy się denerwowała lub śmiała. I jej usta. Usta, które zawsze były ciepłe i miękkie. Usta, które kochałem całować i usta, których nigdy nie chciała pomalować. Kochałem ją całą,od czubka głowy, aż po same nogi. Kochałem ją z zewnątrz i wewnątrz. Kochałem jej miłość do wszystkiego. Do wszystkich żywych stworzeń. Kochałem jak uciekała przede mną, gdy ją łaskotałem. Kochałem kiedy obrażała się na mnie i musiałem całować ją i przepraszać w kółko, aby mi wybaczyła.
Nagle usłyszałem długie, jedno,  nieprzerwane pikanie. Spojrzałem na jej twarz. Ciągle panował na niej spokój. W oczach zebrały mi się łzy. Zacisnąłem wargi. Patrzyłem na nią, czując jak po policzkach spływają mi łzy. Wiedziałem, że to już koniec. Patrzyłem na nią. Patrzyłem jak odchodzi, wiedząc, że w żaden sposób, żaden cholerny sposób nie mogę jej pomóc. Tylko wpatrywałem się w jej twarz. Poczułem, jak poluźnia uścisk naszych dłoni. Powoli ode mnie odchodziła. Łzy po moich policzkach spływały coraz częściej i było ich coraz więcej. Pikanie nie ustawało. Byłem z nią sam, patrząc jak mnie zostawia. Jak kończą się jej wszystkie cierpienia. Położyłem głowę na wolnym miejscu na łóżku. Płakałem coraz głośniej. Czułem jak razem z nią odchodzę cały ja. Wciąż trzymałem ją za rękę, chociaż czułem, że ona mnie już nie trzyma. Poczułem na ramieniu czyjąś dłoń wzdrygnąłem się i spojrzałem za siebie. Lekarz kiwnął tylko głową dając mi do zrozumienia, że to już koniec. Wstałem i wyszedłem z sali. Na korytarzu czekali wszyscy, łącznie z jej rodzicami. Jej zapłakana matka wtulona w męża, zapłakana Maddie wtulona w Riker'a. Ellington z twarzą ukrytą w dłoniach. I Rocky z kamiennym wyrazem twarzy i łzami w oczach oparty o ścianę, a do niego wtulona Rydel. Wyglądali tak żałośnie. I tak samo pewnie wyglądałem ja. Zapłakany, na środku korytarza. Bez życia. Bez życia, bo odeszło jakieś 15 minut temu. Wszyscy spojrzeli na mnie ze współczuciem. Znów zacząłem płakać. Ellington mnie przytulił, tak jak pierwszego dnia tutaj Riker. Jednak nic nie mówił. Chyba rozumiał, że potrzebowałem ciszy. Wziąłem kluczyki od samochodu i pojechałem do domu Jessicy. . Wszystko od razu mi ją przypominało. Położyłem się na kanapie. I leżałem. Czułem pustkę. Po prostu leżałem. Nie płakałem. Nie byłem zły. Nie czułem już chyba nic.


---------------
ten blog będzie miał mniej niż 40 rozdziałów. Nikt Go nie czyta,  zaraz dodam tylko epilog.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

#32

                                           2 komentarze = nowy rozdział :) 



Następnego dnia Jess zjawiła się u mnie już o 10:00. Ja jeszcze spałem więc Delly obudziła mnie. Jak najszybciej wziąłem prysznic, ubrałem się i pełny stresu zszedłem na dół. Zastałem moją dziewczynę grającą sobie w gry z moim rodzeństwem. Uśmiechnąłem się pod nosem i podszedłem do niej bliżej. Pocałowałem ją w czubek głowy, a ona obróciła się, oddając pada Rocky'emu.
- To co? Gotowy na lekcje gry? - zapytała?
- Wiesz... nie do końca. Mała zmiana planów, chodźmy, zaraz Ci wszystko wytłumaczę.
- Chyba nie przestaniesz mnie zaskakiwać. - szepnęła. Założyła swoją ,,lekką" kurtkę i buty i wyszliśmy. Pogoda była idealna. To był początek wiosny, więc było bardzo ciepło, jednak ciągle wiał przyjemny wiatr. Nie było ani za zimno, ani za ciepło. Kochałem taką pogodę. Zajechaliśmy na miejsce.
- Ross... o co chodzi?  Co tu robią samoloty? Coś Ty wymyślił? - zapytała zestresowana.
- Ja tylko spełniam Twoje marzenia. - uniosłem ręce w geście obrony.
Wziąłem ją za rękę i poszliśmy do jednego z samolotów.
- Ross, ja nie chcę skakać ze spadochronu. Jednak nie chcę! - krzyknęła na mnie, kiedy jakaś kobieta zakładała jej spadochron i tłumaczyła co i jak ma wcisnąć i kiedy. Potem założyła spadochron mi i również wszystko wytłumaczyła. Zajęliśmy miejsca i wznosiliśmy się powoli w górę. Kiedy pilot dał nam znak, że już możemy skakać, wstaliśmy. Chwyciłem Jessic'ę za trzęsącą się rękę. Otworzyliśmy drzwi samolotu, spojrzałem w dół i nogi się pode mną ugięły. Byliśmy naprawdę wysoko i nie byłem pewien czy na pewno skakać. Spojrzałem na dziewczynę, która patrzyła w dół ze łzami w oczach.
- Jess, nie musimy teraz skakać! Nie teraz, ale w końcu musimy, możesz mieć tyle czasu ile chcesz, ale zapłaciłem za to i nie pozwolą nam się wycofać! - krzyknąłem, żeby przekrzyczeć śmigła samolotu. Ścisnęła moją dłoń mocniej.
- Nie, skaczmy! - krzyknęła równie głośno jak ja. Przełknąłem ślinę, a ona wyskoczyła ciągnąc mnie za rękę. Spadłem razem z nią.
Należała do tych osób,  które kiedy się bały, zamiast piszczeć siedziały cicho. Spojrzałem na nią, ciągle trzymając ją za rękę.
- Wyjdziesz za mnie? - krzyknąłem. Sam nie wiem czemu. Nie było już tak głośno.
- Chyba śnisz. - zaśmiała się. Również się uśmiechnąłem. Dałem jej znak, żeby pociągnąć sznurek. Tak też robiliśmy i od razu wznieśliśmy się wyżej i potem lecieliśmy w dół już bardzo powoli. Przypomniałem sobie, że przecież pierścionek mam przy sobie. Wyjąłem czerwone pudełeczko z kieszeni spodni, otworzyłem i powtórzyłem pytanie.
- Wyjdziesz za mnie? - spojrzała na mnie ze łzami w oczach. Patrzyła raz na mnie, a raz na pierścionek.
- Oświadczasz mi się w niebie? - wydukała.
- Teoretycznie. - uśmiechnąłem się.
- Tak. Tak Ross, wyjdę za Ciebie! - krzyknęła i włożyłem jej pierścionek na palec. Dopiero kiedy wylądowaliśmy rzuciła mi się na szyję i całowała po całej twarzy.
- Kocham Cię, tak bardzo Cię kocham! - szeptała w przerwach między pocałunkami.
- Ja Ciebie też. - powiedziałem i przytuliłem ją mocno do siebie.
Potem poszliśmy oddać spadochrony, kaski i tak dalej, a następnie pojechaliśmy na polanę niedaleko mojego domu. Usiedliśmy trawie, Jess położyła swoją głowę na moim ramieniu.
- Ross? - usłyszałem nagle.
- Tak? - zapytałem niepewnie.
- Nienawidzę Cię. - wyznała.
- Przed chwilą rzucałaś mi się na szyję, szepcząc, że mnie kochasz. - wybuchnąłem śmiechem.
- tak, ale jak mogłeś zabrać mnie na jakieś skakanie spadochronowe?
- To było Twoje marzenie... - spojrzałem jej w oczy.
- Masz rację... ciągle mam nogi jak z waty, a Ty?
- Nie. - powiedziałem, a potem ją pocałowałem. Byliśmy na polanie do późnego wieczora. Kiedy wstaliśmy, żeby jechać Jessica zaczęła kręcić się w kółko patrząc na gwiazdy. Potem położyła się na trawie nadal patrząc na niebo.
- Niesamowite. - wymamrotała. Nadal przyglądałem jej się zdziwiony.
- Co? - zapytałem w końcu.
- Wybierasz sobie jedną gwiazdę, a potem kręcisz się wciąż na nią patrząc, prawda? - kiwnąłem głową - właśnie. A kiedy się położysz, wirują wszystkie gwiazdy oprócz tej Twojej. Spróbuj!
- Nie dzięki. - zaśmiałem się.
- Pff to nie! - prychnęła - Jeszcze raz! - krzyknęła i wstała na równe nogi, jednak za chwilę się zachwiała i upadło prosto w moje ramiona.
- Wszystko w porządku? - zapytałem. Bardzo się wystraszyłem.
-  Tak, po prostu za szybko wstałam i zakręciło mi się w głowie. - stwierdziła.
- Jesteś blada.
- Wydaje Ci się. Jedźmy już.


Jessica została na noc u mnie, jednak spała w pokoju z Rydel. Jestem pewien, że przez całą noc gadali o oświadczynach i skoku na spadochronie.
Kiedy wstałem i zszedłem do salonu, byli tam wszyscy oprócz Jess.
- Gdzie jest...
- Już poszła. - przerwała mi Rydel. - Jessica wstała dość wcześnie i tak samo wcześnie wyszła. Swoją drogą niezły pomysł z tym skokiem na spadochronie. To chyba było bardziej romantyczne niż mój plan.
- Nie ,,chyba" tylko na pewno. - zaśmiałem się i oberwałem w ramię. Planowałem tylko, które marzenie Jess spełnić dzisiaj. W końcu wybrałem. Grę na gitarze, zostawiłem na sam koniec listy.



No więc tak, wiem, że jest krótki, ale niestety jutro mam dwie kartkówki i dwa testy i mnóstwo pracy domowej, dlatego też nie mogę sobie pozwolić na dłuższe pisanie. Niestety w roku szkolnym jednak bardziej skupiam się na nauce, bo chcę mieć dobrą średnią (ja kujon) i dlatego rozdziały pojawiają się głównie w weekend, jednak dzisiaj postanowiłam dodać, były 2 komentarze, także :))

poniedziałek, 5 stycznia 2015

#31 ,,Człowiek szuka miłości, bo w głębi serca wie, że tylko miłość może uczynić Go szczęśliwym"



                                                                      2 komentarze = rozdział




Minęło już trochę czasu, ale nadal nie oswoiłem się z myślą, że mogę ją stracić.  Tydzień temu dopiero wróciliśmy do Kalifornii.
- Jess...a właściwie czemu Ty nie chcesz chodzić na chemioterapię? - zapytałem mojej dziewczyny kiedy złapała mnie za rękę.
- Ross...po tym będę czuła się jeszcze gorzej. Czytałam o tym!
- Nie! Zrozum, że bez tego już nic nie może Cię uratować! - puszczam jej rękę, a ludzie, którzy przechodzą koło nas ciągle na nas zerkają.
- Z tym też nie! Po prostu dłużej pożyję. A i tak umrę. To co to z różnica? - mówiła dziwnie opanowana. No dziewczyno! Rozmawiamy o Twojej śmierci, a Ty podchodzisz do tego tak spokojnie?! To miał być zwykły, jesienny spacer, do cholery. 
- Mogę zobaczyć tą kartkę z Twoimi życzeniami? - zmieniłem temat.
- Po co Ci?
- No mogę? - wyjęła kartkę z tylnej kieszeni spodni i podała mi ją. 
Zacząłem czytać. 
,,Zrobić sobie tatuaż"
- Gdzie chcesz mieś tatuaż?-zaśmiałem się.
- Na nadgarstku.
- A jaki?
- Bo ja wiem. Myślałam o tym. I chyba chciałabym Twoje imię. Taki tatuaż pasuje do trumny. -zaśmiała się.
- To nie jest śmieszne! Zrozum, że ja nie chcę Cię stracić! - spoważniała. Kopnąłem jakiś kamyk, który leżał pod moją nogą. Głos ciągle mi się łamał. Tak naprawdę to odkąd dowiedziałem się o jej chorobie ciągle chce mi się płakać. Ale nie powinienem płakać. 
- Ross...-przytuliła mnie.-nie stracisz mnie!
- Chodź.-chwyciłem ją za rękę i pognałem w stronę miasta.
- Ale gdzie?
- No chodź!

Stanęliśmy przed studiem tatuażu.
- Nie, Ty sobie chyba żartujesz! - zaśmiała się.
- Nie. Wchodź. - powiedziałem poważnym tonem, a ona zdziwiona weszła do środka. Usiadła w poczekalni, a ja poszedłem szybko wszystko załatwić. Zapłaciłem za tatuaż i znów podszedłem do niej. Bez słowa zaprowadziłem ją za rękę do sali i posadziłem na fotel.
- Jaki to ma być tatuaż? - zapytał otyły facet z brodą zaplecioną w warkoczyka. Miał na sobie czarną koszulkę na ramiączkach z logiem Linkin Park. Na ramionach miał mnóstwo tatuaży. Spojrzałem na Jessic'ę.
- Wytłumacz panu. - jęknąłem i usiadłem na skórzanej, pozdzieranej, czerwonej kanapie, która zupełnie nie pasowała do zielonych ścian wnętrza tego pokoju.
- No więc... - wystawiła do mężczyzny trzęsący się nadgarstek - Chciałabym, aby był na nadgarstku. To ma być czarny napis ,,Ross" taką ładną, pochyłą czcionką i jeśli można to obok napisu czarne serduszko. - spojrzała na mnie. Uśmiechnąłem się.
- Spoko. - odparł brodaty zupełnie luźno i swobodnie. Chwycił jej nadgarstek i ułożył na fotelu tak, aby było mu wygodnie robić tatuaż. Potem zrobił wszystko co trzeba i włączył swój sprzęt. Już prawie dotknął jej nadgarstka, ale szybko Go zabrała i spojrzała na mnie.
- Ross, ja się boję! - krzyknęła. Stary facet tylko spojrzał na mnie pytająco. Kiwnąłem głową na znak, żeby nie przestawał i spojrzałem błagalnie na Jess. Z powrotem położyła nadgarstek na miejsce i zamknęła oczy. Za chwile facet z brodą zrobił pierwsze pociągnięcie igłą. Ja siedziałem na niewygodnej kanapie i przyglądałem się wszystkiemu. Jessica przez cały proces miała zamknięte oczy.
   Po około półtorej godziny, gościu zawiązał nadgarstek Jessic'y jakąś folią i dał maść udzielając wskazówek, jak często ma smarować miejsce z tatuażem. Ona tylko kiwała głową i patrzyła na swój tatuaż. Podziękowaliśmy i wyszliśmy z salonu w ciszy.
- Nienawidzę Cię. -  rzuciła zaraz kiedy zamknąłem drzwi salonu i poszła przed siebie. Zaśmiałem się i pobiegłem za nią. Zaszedłem jej drogę i złapałem za ręce, ale odwróciła wzrok w lewą stronę. Chwyciłem jej podbródek i zmusiłem, aby na mnie patrzyła.
- Też cię kocham. - szepnąłem i pocałowałem ją w usta, a potem musnąłem nosem jej policzek.
- Głupi jesteś. - zaśmiała się i trzymając mnie za rękę ruszyła przed siebie.  Wyjąłem z kieszeni listę jej życzeń, której jej wtedy nie oddałem.
- Spotkać Taylor'a Lautner'a? - próbowałem powstrzymać śmiech. - Zostać żoną Ross'a? - uniosłem dwukrotnie brwi. Wyrwała mi kartkę i uderzyła w klatkę piersiową.
- Wal się. - rzuciła i schowała kartkę do tylnej kieszeni spodni .
- Co tam jeszcze jest? Skoczyć ze spadochronu i co....? - zapytałem.
- I nauczyć się grać na gitarze. - odparła zgryźliwym tonem. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie ma sprawy. - odchrząknąłem -  Panno Andres...czy jest Panna gotowa, aby jutro rozpocząć naukę gry na gitarze? - zapytałem szarmancko. Spojrzała na mnie.
- Oczywiście Panie Lynch, jestem gotowa. Więc gdzie mnie Pan zabierze? Rozumiem, że i Pan ma zamiar się nauczyć, czyż nie? - odparła.
- Śmieszne. -prychnąłem - Serio mówię. Wpadniesz do mnie jutro?
- Niech będzie. - uśmiechnęła się i nim się obejrzeliśmy byliśmy pod jej domem. - To cześć. - wspięła się na palce i pocałowała mnie w policzek, a potem zniknęła w piętrowcu.
- To cześć. - szepnąłem już do siebie, uśmiechnąłem się pod nosem i wróciłem do domu.



- Rydel! - krzyczałem już od progu. Blondynka od razu pojawiła się w salonie, do którego właśnie wszedłem. W ręce trzymała apteczkę.
- Co się stało?! - zapytała wystraszona. Spojrzałem na apteczkę w jej ręce.
- Po co Ci to? - wskazałem wzrokiem na białą skrzyneczkę.
- Myślałam, że coś Ci jest! - prychnęła.
- W sumie to tak. Potrzebuję Twojej pomocy. - uściskałem ją na przywitanie dopiero teraz.  - Jess chce zostać moją żoną, więc postanowiłem, że jej się oświadczę i... - przerwała mi głośnym piskiem. Wsadziłem palce do uszu, żeby choć trochę ją przyciszyć. Kiedy usłyszałem, że już ucichła, wyjąłem je i spojrzałem na nią, Podskakiwała na palcach podekscytowana.
- Musimy załatwić jakąś salę, wiesz, musi być elegancka. Potrzebna jest też jakaś kapela, tyko nie wiem jeszcze jaka. My nie wystąpimy, bo nie wystąpisz na swoim ślubie. Suknia ślubna, to już zależy od Jess... - nawijała. W pewnym momencie przestałem jej słuchać.
- Ja chciałem tylko, żebyś pomogła mi wybrać pierścionek. - przerwałem jej - ale może powinienem o to poprosić mamę. - zaśmiałem się.
- Nie, poczekaj! Oczywiście, że Ci pomogę. - błysnęło jej w oczach. - To chodź. - pociągnęła mnie za rękę w stronę wyjścia, zgarniając przy tym swoją torebkę.
- Ale, że już dzisiaj? - zapytałem zdziwiony. Wsiedliśmy do auta blondynki.
- Oczywiście! Nie ma na co czekać. Gdzie chcesz się jej oświadczyć? Sądzę, że słodkie by było, gdybyś zabrał ją na jakąś kolację, i poprosił kelnerów, o wrzucenie pierścionka do wina, lub szampana, zależy co zamówicie, prawda? I wtedy ona by Go znalazła i... - westchnęła. Patrzyła w jakiś punkt przed sobą. Również w niego spojrzałem, ale nie było tam nic ciekawego.
- Właściwie, to chciałem przed nią po prostu uklęknąć... - westchnąłem. Bawiło mnie to podekscytowanie mojej siostry.
- Jesteś nudny. Co Jess w Tobie widzi? - pokiwała głową i przekręciła kluczyk w stacyjce, a ja się zaśmiałem. Ruszyliśmy.

Rydel zabrała mnie chyba do najdroższego jubilera w całym mieście. Ale trzeba przyznać, że ta biżuteria była naprawdę warta swojej ceny. Oglądaliśmy z Delly różne pierścionki w gablotach.
- Ross, a ten? - przywołała mnie bliżej siebie ruchem ręki. Podszedłem i wskazała na srebrny pierścionek *.
- Na pewno by się jej spodobał. - uśmiechnąłem się. - Czekaj, że  po ile on jest?! - wytrzeszczyłem oczy przeczytawszy cenę.
- Kochasz ją czy nie? - zapytała stanowczo. Przewróciłem oczami.
Nim się obejrzałem już płaciłem majątek za pierścionek, a jubiler pakował go w czerwone pudełeczko w kształcie serca.  Zapakowałem pudełeczko do kieszeni i z siostrą znów wsiedliśmy do auta siostry. Oglądałem uważnie pierścionek jeszcze raz.
- Przestań. Spodoba jej się, zobaczysz. Jest idealny, nie doszukuj się wad. - upomniała mnie nagle siostra i uśmiechnęła się. Zamknąłem pudełko i z powrotem schowałem je do kieszeni.
- To gdzie i kiedy się jej oświadczysz? - zapytała.
- A to niech pozostanie moją tajemnicą. - uśmiechnąłem się pod nosem. Resztę drogi przebyliśmy w ciszy.











No więc tak, to jest już 31 rozdział. Postanowiłam, że blog będzie miał 40-45 rozdziałów, jeszcze tylko zależy jak bardzo będą się one ciągnąć + epilog. Nie ma sensu Go trzymać dłużej. Wiem, że tak nagle wyparowałam z oświadczynami, ale naprawdę zbliżamy się już końca tego bloga, za którym na pewno będę tęsknić. Za niedługo powinien pojawić się rozdział 32 ;)
____________________________________________________________________________

*

sobota, 1 listopada 2014

#30

*Oczami Jess*

Rano obudziłam się sama. Wyjrzałam z namiotu i zobaczyłam, jak Ross pakuje wszystkie rzeczy do samochodu. Szybko ubrałam się w rzeczy z wczoraj, żeby Ross mógł zapakować resztę. 
-O, wstałaś już...-zaśmiał się i zabrał koc z namiotu.
-Tak. Za ile jedziemy?
-No już.-złożył namiot i wrzucił go w krzaki. 
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy przed siebie. Jechaliśmy w ciszy, kiedy w radiu puścili piosenkę ,,Loud". Spojrzałam na Ross'a, który uśmiechnął się pod nosem i pogłośnił piosenkę. Zaczął nucić ją pod nosem, a ja zaczęłam się śmiać. Po chwili dołączyłam do niego i razem śpiewaliśmy.
-Znasz jej słowa?-zapytał w końcu.
-Jak mogę nie znać słów do piosenki zespołu mojego chłopaka?-zaśmiałam się i znów zaczęłam nucić. Jechaliśmy i się wygłupialiśmy. Było naprawdę zabawnie! Kiedy piosenka się skończyła spojrzałam na Ross'a i pocałowałam Go. 
-Ross uważaj!-krzyknęłam kiedy się od siebie odkleiliśmy, ale było już za późno. 



Poczułam, jak po mojej twarzy spływa jakaś ciecz. Z wielkim bólem karku spojrzałam na miejsce Ross'a, ale Go tam nie było. Poczułam, jak ktoś powoli wyciąga mnie z samochodu. Położono mnie na nosze. 
-Gdzie Ross?-wyszeptałam, a łza spłynęła mi po policzku. Każda czynność sprawiała mi teraz ból, a po za tym w sprawie Ross'a układały się w mojej głowie najczarniejsze scenariusze.
-Chłopak jest w złym stanie. Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Jest już w drodze do szpitala. A Ty nie możesz się denerwować.-odpowiedział któryś z ratowników. Kolejne łzy spływały mi po policzku. Bałam się o Ross'a! W szpitalu od razu zabrali mnie na szycie. Zszyli mi prawą skroń i porobili jeszcze kilka badań. Potem wróciłam do sali Ross'a i siedziałam przy nim. Już się wybudził, ale nadal był w złym stanie.
-Wszystko będzie dobrze, Ross...-szeptałam mu do ucha i całowałam w policzek trzymając go za rękę.
-Mogę Panią na chwilę prosić?-do sali wszedł lekarz.
-Tak, oczywiście.-odpowiedziałam i ruszyliśmy do jego gabinetu. 
-O co chodzi? Coś nie tak z Ross'em?-wypytywałam nerwowo mężczyzny. 
-Nie, z chłopakiem wszystko w porządku...-przerwał na chwilę i wziął głęboki oddech. Wyglądał na przejętego. 
-Więc o co chodzi?-spytałam po raz kolejny.
-Ma pani białaczkę...-odparł i spojrzał mi w oczy, z których teraz kapały łzy. 
-Co? Jak to?! Nie to niemożliwe....musiał pan pomylić wyniki, nie chodzi o mnie!-płakałam coraz bardziej.
-Przykro mi...
-Ile mam zostało mi czasu?
-Nie wiem...nie dużo...-nie dokończył. Wyszłam z gabinetu trzaskając drzwiami. Wyszłam na zewnątrz nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Mama szybko pojawiła się przy mnie. Minęła chwila, a już byłam w jej ramionach. 
-Co się stało? Coś z Ross'em?-zapytała i pocałowała mnie w czoło.
-Mam raka...-odpowiedziałam i spojrzałam na nią. Była zdziwiona. Zaczęła płakać, a  ja nie mogłam na to patrzeć. 
-Mamo, proszę! Nie płacz, błagam...mamo...-ona przytuliła mnie po raz kolejny.
-Muszę iść do lekarza...może się pomylił...-zaczęła nerwowo.
-Nie mama, nie pomylił się...chcę jechać do domu...zawieziesz mnie?-zmieniłam temat, pokiwała tylko głową. Poszłam pożegnać się z Ross'em, ale nadal spał. Pocałowałam Go tylko w czoło i wyszłam.


W domu od razu poszłam do mojego pokoju. Usiadłam na łóżku i spoglądałam przed siebie. Za chwile gorące łzy płynęły powoli  po moich policzkach, a ja nie mogłam ich opanować. Wszystkie moje plany, moje marzenia, moja PRZYSZŁOŚĆ, wszystko...wszystko runęło z dwoma słowami wypowiedzianymi przez lekarza. Zebrałam się w sobie, otarłam łzy i usiadłam do biurka. Wyjęłam dwie kartki papieru. Trzęsącą ręką chwyciłam z długopis. Na samej górze, po środku kartki napisałam:
,,Marzenia".

Za chwile na kartce pojawiały się  marzenia, jakie chcę spełnić przed śmiercią. I tak doszłam do połowy kartki. Przeczytałam wszystko.

,,1.Zrobić sobie tatuaż.
2. Spotkać Taylor'a Lautner'a.
3.Zostać żoną Ross'a.
4.Skoczyć ze spadochronem.
5.Nauczyć się grać na gitarze."

-Myślałam, że mam bardziej kreatywne marzenia przed śmiercią...-szepnęłam do siebie. Na drugiej kartce napisałam list do Ross'a i zapakowałam go w kopertę, następnie schowałam do szuflady, a listę do tylnej kieszeni spodni.


*dwa tygodnie później*
Ross wychodzi dziś ze szpitala. Razem z rodzicami pojechaliśmy po niego.  Wychodząc ze szpitala rodzice poszli jeszcze do lekarza po wypis, a ja i Ross usiedliśmy na ławce przed szpitalem. Oparłam głowę o jego ramię, a ten syknął. Zabrałam głowę.
-Przepraszam, zapomniałam, że Cię to boli.
-Nic się nie stało. Idziemy już?
-Tak, jasne.-wstałam z ławki i pomogłam wstać jemu.
-Coś Ci wypadło.-sięgnął po kawałek papieru i rozwinął go.-czemu spisałaś swoje marzenia?
-Ja..ja...-nie wiedziałam co powiedzieć. -Ross...
-No mów. Co się stało?!
-Ross, ja mam białaczkę...-i po raz kolejny łzy spłynęły mi po policzkach.
-Co?! Jak długo zamierzałaś to przede mną ukrywać?!
-Ross przepraszam! Sama dowiedziałam się niedawno!
-Tak? Kiedy?!
-Dwa tygodnie temu.
-I ukrywasz przede mną dwa tygodnie, że umrzesz?! Chcesz mnie tu zostawić?!
-Ross...-płakałam jeszcze bardziej. Uspokoił się.
-Przepraszam.-przytulił mnie.- przepraszam. Po prostu nie potrafię w to uwierzyć!-i jemu łzy powoli spływały po policzkach,
-Ja też nie...nie potrafię Cię tu zostawić...




Dodałam rozdział po jakiś dwóch miesiącach, albo dłużej. Wiem, że nie jest najlepszy i w ogóle, ale wiecie. To taki powrót xD Możliwe, że jeszcze dziś napiszę kolejny...

poniedziałek, 14 lipca 2014

zwiastun

Jeszcze nie wracam, ale chcę Wam dać taki mały przedsmak tego, co będzie się działo w kolejnych rozdziałach :P

niedziela, 13 lipca 2014

#29

Rano obudziłem się w łóżku, jak zwykle, sam. Przypominając sobie wydarzenia z nocy uśmiechnąłem się sam do siebie, po czym wstałem i wyjąłem z szafki jakieś ubrania. Ubrałem się w nie i zszedłem na dół, do łazienki. Umyłem się i zrobiłem koło siebie i poszedłem do kuchni, w nadziei, że zastanę tam Jess, ale jej nie było. Przeszukałem cały dom, ale nie było w nim nikogo. Wszedłem do kolejnego pokoju i to co tam zobaczyłem, ucieszyło i zaskoczyło mnie równocześnie. Peter-brat Jess, grał na gitarze i to na dodatek ,,Crazy 4 u"!
-Hej.-powiedziałem nieśmiało.-nie przeszkadzam?
-Nie, wejdź.-powiedział i uśmiechnął się do mnie odkładając gitarę.
-Grałeś ,,crazy 4 u", prawda?
-Tak...moja dziewczyna Was uwielbia, postanowiłem, że nauczę się tego dla niej.-zaśmiał się.
-No to już się nauczyłeś, świetnie Ci poszło. Jak długo grasz?
-W sumie to od dziecka. Jak miałem 6 lat to zobaczyłem u wujka gitarę. Nauczył mnie grać jakiejś piosenki, a potem mi się to spodobało, więc rodzice kupili mi gitarę i się  uczyłem.
-To świetnie! A tak zmieniając temat...gdzie jest Jessica?
-Pojechała z rodzicami do sklepu, powinni zaraz być.-uśmiechnął się do mnie i wrócił do gry.
-Dzięki.-powiedziałem i wyszedłem z pokoju.
Po około 10 minutach Jess i jej rodzice wrócili obładowani reklamówkami.
-Dzień dobry.-zwróciłem się do jej rodziców. - I hej.-powiedziałem do niej, całując ją w policzek i odbierając od niej zakupy.
Potem poszliśmy do niej do pokoju.
-Co tam?-zapytała z uśmiechem, a  ja nie bardzo wiedziałem o co jej chodzi.
-Dobrze...-powiedziałem zdziwiony.
-To fajnie. Pójdziemy dziś gdzieś?
-Tak. Przypomniałem sobie, że kiedy byłem dzieckiem przyjeżdżałem tu do cioci i razem  z kuzynami zawsze się bawiliśmy. I właśnie wtedy przypomniałem sobie gdzie. Muszę Cię tam zabrać, ale to dopiero wieczorem. Dopiero wtedy  jest taki efekt...tylko będę musiał godzinę wcześniej tam skoczyć i coś zrobić. SAM.-podkreśliłem ostatnie słowo.
-Okej...a gdzie to?
-Niespodzianka!
-No dobra, a co będziemy robić do tego czasu?
-Mam pomysł! Chodźmy surfować. Jest ciepło, ale wieje wiatr. Fale pewnie są idealne na surfing!
-Ale...-powiedziała i urwała.
-No co?
-Ja nie umiem....
-Nie ma problemu, nauczę Cię. Będę miał pretekst do obejmowania.-zaśmialiśmy się.
-Dobra, tylko się przygotuję.-powiedziała i wyszła z pokoju. Ja również ubrałem się w coś, w czym mogę surfować. Kiedy Jess była gotowa ruszyliśmy na plażę. Szybko się przygotowaliśmy i pobiegliśmy wypożyczyć deski.
-Dobra, na początek kładziesz się na desce...-powiedziałem, kiedy byliśmy już w wodzie, a ona wykonała ,,rozkaz"
-Musisz czekać na falę.
-Taką?-zapytała wskazując przed siebie
-Tak. Szybko zanim fala dojdzie musisz stanąć na desce i utrzymać równowagę.
-Dobra!-krzyknęła i zrobiła to, o co prosiłem.
Jess szybko nauczyła się surfować, więc nie musiałem długo czekać, ale śmigaliśmy po falach razem. Było po prostu cudownie.
-Podobało się?-zapytałem w drodze powrotnej.
-Było super! Muszę częściej to robić!-mówiła podekscytowana.
-O nie!-krzyknąłem nagle.
-Co?
-No bo do tamtego miejsca, gdzie chcę Cię zabrać trochę jest, więc trzeba jechać autem, a ja nie mam auta...
-A, spoko. Tata ci pożyczy!
-Skoro tak...

Kiedy byliśmy w domu Jess namówiła tatę i pożyczył nam auto. Pojechałem przygotować wszystko, żeby wyglądało ładniej i wróciłem po Jessic'ę.

-Okej, ale nie możesz patrzeć!-powiedziałem i zasłoniłem jej oczy. Prowadziłem ją powoli i zdjąłem jej ręce z oczu zaraz przed wejściem do lasku.
Szliśmy krótką alejką w lesie, którą oświetlały lampki, które za dziecka wieszaliśmy tu, gdy było ciemno.
W oczach Jess widziałem zachwyt. Doprowadziłem ją do małego jeziorka w środku lasu. Położyliśmy się razem na molo koło jeziora patrząc w gwiazdy.
-Podoba Ci się?-zapytałem nagle.
-Jest bosko. Mogłabym tu mieszkać. Albo chociaż zostać kilka dni...
-Możemy zostać na noc o ile jest tu...-powiedziałem i wstałem z mostu. Podszedłem do krzaka i zacząłem w nim szperać, a potem wyjąłem namiot.-o ile jest tu namiot.-dokończyłem.
-No ale...jedzenie, pidżama?
-Spokojnie. O jedzeniu pomyślałem, cały koszyk jest w samochodzie. Ja będę spał w samych bokserkach, więc mogę Ci dać moją koszulkę. Jest tylko jeden problem....
-Jaki?
-Materac jest. Ale nie mam żadnego koca, ani nic...
-Tata pewnie ma w aucie. Znając jego pewnie ma nawet poduszki!-zaśmiała się.
-A, to nie ma problemu.
Rozpaliłem ognisko i rozłożyłem namiot, po czym poszedłem poszukać koca, poduszek i koszyka. Potem wróciłem ze wszystkimi rzeczami i ,,pościeliłem" namiot.
-Weź sobie coś z koszyka.-powiedziałem do Jess kładąc koc w namiocie. Zjadła jakieś kanapki, a potem ja zrobiłem to samo. Pogadaliśmy chwilę przy ognisku i poszliśmy się położyć.
Jessica wtuliła się mocno we mnie i przykryła kocem.
-Ross?-zaczęła nagle.
-Tak?
-Kochasz mnie?
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się pod nosem.
-Najbardziej na świecie...
-Ja Ciebie też-szepnęła.
-W końcu jestem ideałem-zaśmiałem się, wspominając słowa jej ojca. Ona uderzyła mnie tylko delikatnie w klatkę piersiową na co się zaśmiałem. Potem pocałowaliśmy się namiętnie i usnęliśmy.


-----------------------------------------------
Przychodzę do Was z krótkim rozdziałem iii...krótką przerwą...
Nie kończę bloga, ale po prostu ostatnio mam brak weny, ale obiecuję, że za niedługo wrócę :) Mam nadzieję, że nie opuści mnie te kilka czytelników i, że będzie czekać cierpliwie :)
Nie odchodzę na długo, może koło tygodnia. W każdym razie zrobię krótką przerwę, bo wolę mieć wenę i pisć dobrze, niż pisać tak beznadziejnie, jak dziś. Resztę blogów będę prowadzić. Kocham Was <3