Była odwrócona do mnie tyłem i zapisywała coś jeszcze kalendarzu. Spoglądałem na jej zgrabne ruchy. Obróciła się w moją stronę i delikatnie uśmiechnęła. Odwzajemniłem uśmiech. Nagle upadła. Podłożyłem ręce, tak, aby na nie upadła i delikatnie ułożyłem ją na podłogę. Była nieprzytomna.
- Jess! - delikatnie trącałem jej ramię. - Jessica! - krzyczałem wybierając w komórce numer na pogotowie. Ręce mi się trzęsły i nie wiedziałem o co chodzi. To tylko zwykłe zasłabnięcie, ostatnio dużo pracuje, powtarzałem w myślach. Karetka szybko pojawiła się pod blokiem. Ratownicy weszli do mieszkania i ułożyli ją na nosze. Szybko pobiegłem za nimi.
- Ona ma raka. - wydukałem próbując ich dogonić. Powiedziałem to, bo to mogło w czymś pomóc, ale ona tylko zasłabła. Wpakowali Jessicę na noszach do karetki. Za chwilę wpakowałem się ja i usiadłem obok niej. Chwyciłem ją za rękę.
- Wszystko będzie dobrze. - szeptałem muskając jej dłoń ustami. - Wszystko będzie dobrze.... - powtórzyłem już jakby do siebie.
Pod szpitalem od razu ją zabrali na jakąś salę. Usiadłem w poczekalni i zadzwoniłem do Rydel, aby przyjechała ze wszystkimi. Bałem się. Tak cholernie się teraz bałem. Ciągle miałem łzy w oczach. Rydel mogła przyjechać dopiero za godzinę, bo była po za miastem i nie wyrobiłaby się wcześniej. Siedziałem w poczekalni, czekając aż skończą ją operować, czy robić to, co robili. Wtedy pewnym krokiem wyszedł lekarz.
- Doktorze co z nią? - wydukałem.
- A Pan to...?
- Jej narzeczony. Błagam, proszę mi powiedzieć.
- Nie jest z nią najlepiej. Zostanie przewieziona na oddział intensywnej terapii. Nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć na obecną chwilę. - powiedział i spojrzał na mnie ze współczuciem w oczach.
- Będę mógł ją odwiedzić? - zapytałem patrząc w podłogę załzawionymi oczami.
- Tak, może pan ją odwiedzić za jakieś 20 minut. - odszedł. Oparłem się o ścianę rękoma, jedną wciąż o nią uderzając. - Cholera. - szepnąłem. - złapałem się za bolącą rękę i obróciłem tak, że teraz byłem oparty o ścianę plecami. Za chwilę osunąłem się po niej na podłogę. Ukryłem twarz w dłoniach. Nie płakałem. Nic nie czułem w tamtej chwili. Tylko pustkę. Pustkę, która wypełniała mnie na samą myśl o tym, że mógłbym ją stracić.
- Może Pan już do niej iść. - usłyszałem. Wstałem powoli, a lekarz zaprowadził mnie bez słowa do Jessicy.
Wszedłem do sali, w której było słychać regularne pikanie. Usiadłem na krześle obok łóżka szpitalnego i znów, tak jak w karetce, złapałem Jess za rękę. Siedziałem w ciszy, obserwując jak śpi. Oddychała tak spokojnie. Była ubrana w szpitalne ciuchy. Włosy, które miała idealnie ułożone, teraz opadały jej na twarz. Założyłem kilka kosmyków za jej ucho. Wtedy uścisnęła moją dłoń mocniej, spoglądając na mnie spod ciężkich powiek. Nie odzywała się. Tylko na mnie patrzyła.
- Jak się czujesz? - wyszeptałem.
- Jak ktoś, kto przed chwilą stracił przytomność. - stwierdziła, lekko unosząc kąciki ust w górę. - Powiedzieli, że zostawią mnie tu na dwa tygodnie. - wymamrotała. Nie odzywałem się. Kiwałem tylko potwierdzająco głową.
- Jak tylko Cię stąd wypuszczą, obiecuję, że pójdziemy do kina, na ten film, który tak bardzo chciałaś obejrzeć. - zmieniłem temat. Kiwnęła głową. Potem przyszli Delly, Ell, Rocky i Riker. Wyszedłem z sali ja, Ellington, Riker i Rocky pozostawiając Rydel samą z Jess.
- Będzie dobrze, bro. - uściskał mnie Riker, poklepując po plecach.
- Dzięki. - szepnąłem.
- Zobaczysz stary, że zanim się obejrzysz znów będziecie leżeć u niej na kanapie oglądając nudne filmy czy coś. - wtrącił Rocky. - pokiwałem głową. Ratliff milczał wpatrując się we mnie ze współczuciem i klepiąc moje plecy. Kiedy Rydel wyszła, wszyscy weszli po kolei, ale kiedy znów ja chciałem wejść, lekarz mi zabronił i kazał przyjechać jutro. Pojechałem więc razem ze wszystkimi do mojego domu.
- Ross, jutro w szpitalu ja będę mogła być dopiero około 13:00, przepraszam. Chłopaki zabierają się ze mną, więc też będą jakoś tak.
- Okej. - odparłem i włożyłem do uszu słuchawki i słuchając ulubionej piosenki Jess, zasnąłem.
Rano obudziłem się o 8:46. Szybko wziąłem prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie. Potem pojechałem do mieszkania Jessicy i zabrałem rzeczy, które mogą być jej potrzebne, a stamtąd do piekarni, po jej ulubioną słodką bułkę.
W szpitalu od razu poszedłem do jej sali. Wszedłem do środka, a pielęgniarka poprawiała jej poduszkę.
- Hej. - uśmiechnęła się.
- Hej. - rzuciłem. - Przywiozłem Ci rzeczy, które mogą być Ci potrzebne i kupiłem Twoją ulubioną bułkę, może zjesz jak będziesz głodna. - położyłem wszystko na szafce obok jej łóżka.
- Dziękuję!
I tak mijały kolejne dni. Jeździłem do Jess o 10:00, a o 13 przyjeżdżała reszta. Wchodzili oni, gadali z nią, a potem jechaliśmy do domu, bo lekarz kazał jej odpoczywać. Kiedy byłem z nią sam rozmawialiśmy, graliśmy na tablecie, żartowaliśmy, a czasami, gdy była zmęczona, czytałem jej książkę. Wydawało się, że jej stan się polepszał. Ze szpitala miała wyjść już za trzy dni.
Tak samo było tego dnia. Wszedłem do sali chwilę po 10.
- Hej skarbie. - cmoknąłem ją w czoło. - Wziąłem laptopa i zgrałem na niego różne filmy, więc możemy je pooglądać. - uśmiechnąłem się.
- No jasne! Ale pamiętasz co mi obiecałeś?
- Nie... - podrapałem się po głowie.
- Masz mnie zabrać do kina, jak stąd wyjdę! - krzyknęła śmiejąc się.
- A tak, pamiętam. Jasne, że Cię zabiorę. Jess, dzwonili Twoi rodzice i to dość często. Chcieli przyjechać, ale mówiłem im, że w Twoim obecnym stanie to nienajlepszy pomysł, ale jak zadzwonili wczoraj, powiedziałem, że mogą przyjechać i już są w drodze. Właściwie to powinni być dzisiaj mniej więcej wtedy, kiedy Rydel, Ellington, Riker i Rocky. - rzuciłem. Uśmiechnęła się.
- Naprawdę? To super! Więc oglądajmy film. - rozkazała uśmiechnięta. Położyłem się koło niej na łóżku i położyłem laptopa na kolanach.
Film skończył się nieco po 12:00.
- To co? Oglądamy drugi? - zapytałem.
- Właściwie, to jestem zmęczona. Najchętniej położyłabym się spać. Nie pogniewasz się? - patrzyła na mnie, spod ciężkich powiek
- Oczywiście, że nie. - pocałowałem ją w usta i zszedłem z łóżka. Usiadłem na krześle i ująłem jej dłoń w moje ręce.
- Aha, Ross... - sięgnęła do szuflady szafki nocnej - ten list masz przeczytać dopiero po moim pogrzebie. - podała mi kopertę.
- Jessica...
- Nie, Ross. W końcu umrę. Nie wiem kiedy, ale kiedyś na pewno i chcę, żebyś to przeczytał dopiero jak mnie zakopią. Jasne? - pokiwałem głową. Schowałem kopertę do wewnętrznej kieszeni kurtki. Ucałowałem jej usta jeszcze raz.
- Kocham Cię. - wyszeptałem łamiącym się głosem.
- Wiem. - szepnęła. - Ja Ciebie też. - i zamknęła oczy. Była tak zmęczona, że usnęła od razu. Wciąż gładziłem palcem jej dłoń. W sali panowała taka cisza, że słychać było tylko jej ciężki oddech i regularne pikanie. Wpatrywałem się w nią analizując każdy szczegół na jej twarzy. Małą bliznę na czole, którą zawsze starannie zakrywała włosami. Jej delikatne powieki i długie, czarne, gęste rzęsy. Jej mały nosek, który zawsze zabawnie marszczyła, kiedy się denerwowała lub śmiała. I jej usta. Usta, które zawsze były ciepłe i miękkie. Usta, które kochałem całować i usta, których nigdy nie chciała pomalować. Kochałem ją całą,od czubka głowy, aż po same nogi. Kochałem ją z zewnątrz i wewnątrz. Kochałem jej miłość do wszystkiego. Do wszystkich żywych stworzeń. Kochałem jak uciekała przede mną, gdy ją łaskotałem. Kochałem kiedy obrażała się na mnie i musiałem całować ją i przepraszać w kółko, aby mi wybaczyła.
Nagle usłyszałem długie, jedno, nieprzerwane pikanie. Spojrzałem na jej twarz. Ciągle panował na niej spokój. W oczach zebrały mi się łzy. Zacisnąłem wargi. Patrzyłem na nią, czując jak po policzkach spływają mi łzy. Wiedziałem, że to już koniec. Patrzyłem na nią. Patrzyłem jak odchodzi, wiedząc, że w żaden sposób, żaden cholerny sposób nie mogę jej pomóc. Tylko wpatrywałem się w jej twarz. Poczułem, jak poluźnia uścisk naszych dłoni. Powoli ode mnie odchodziła. Łzy po moich policzkach spływały coraz częściej i było ich coraz więcej. Pikanie nie ustawało. Byłem z nią sam, patrząc jak mnie zostawia. Jak kończą się jej wszystkie cierpienia. Położyłem głowę na wolnym miejscu na łóżku. Płakałem coraz głośniej. Czułem jak razem z nią odchodzę cały ja. Wciąż trzymałem ją za rękę, chociaż czułem, że ona mnie już nie trzyma. Poczułem na ramieniu czyjąś dłoń wzdrygnąłem się i spojrzałem za siebie. Lekarz kiwnął tylko głową dając mi do zrozumienia, że to już koniec. Wstałem i wyszedłem z sali. Na korytarzu czekali wszyscy, łącznie z jej rodzicami. Jej zapłakana matka wtulona w męża, zapłakana Maddie wtulona w Riker'a. Ellington z twarzą ukrytą w dłoniach. I Rocky z kamiennym wyrazem twarzy i łzami w oczach oparty o ścianę, a do niego wtulona Rydel. Wyglądali tak żałośnie. I tak samo pewnie wyglądałem ja. Zapłakany, na środku korytarza. Bez życia. Bez życia, bo odeszło jakieś 15 minut temu. Wszyscy spojrzeli na mnie ze współczuciem. Znów zacząłem płakać. Ellington mnie przytulił, tak jak pierwszego dnia tutaj Riker. Jednak nic nie mówił. Chyba rozumiał, że potrzebowałem ciszy. Wziąłem kluczyki od samochodu i pojechałem do domu Jessicy. . Wszystko od razu mi ją przypominało. Położyłem się na kanapie. I leżałem. Czułem pustkę. Po prostu leżałem. Nie płakałem. Nie byłem zły. Nie czułem już chyba nic.
---------------
ten blog będzie miał mniej niż 40 rozdziałów. Nikt Go nie czyta, zaraz dodam tylko epilog.